Blog   |  Ukraińskie impresje z polskim konsulatem w Łucku w tle

Ukraińskie impresje z polskim konsulatem w Łucku w tle

Jest rok 2015. Styczeń. Od roku trwa wojna rosyjsko – ukraińska. Dojeżdżam autem do granicy w Medyce i pokonuję ją w 10 minut na piechotę. Tak jest najszybciej i najtaniej. Pogranicznik patrzy na mnie ze zdziwieniem, tak jakby chciał zapytać, co ja tu robię? Z lekkim uśmieszkiem na twarzy stwierdza: „Chyba musi mieć Pan tu rodzinę…” Po 30 minutach siedzę już w busie z Szegiń do Lwowa. Za około 6 złotych, po 2 godzinnej jeździe, docieram, do tego przepięknego miasta. Od 2010 roku, kiedy poznałem tu moich przyjaciół, jeżdżę na Ukrainę regularnie, parę razy do roku. Mam ku temu jeszcze jeden powód. Pod Krzemieńcem, w Białokrynicy w 1913 roku urodził się mój dziadek.

Wróćmy na razie do zatłoczonej żółtej marszrutki, która z impetem pokonuje niezliczone dziury, w fatalnie utrzymanej drodze. Niestety towarzyszy mi pech. Najpierw pęka oś w pierwszym busie i zaczyna wydobywać się z niego dym. Potem psuje się kolejny. Jest duszno i bardzo ciasno. Przy granicy pracują dzień w dzień mrówki przenoszące papierosy, wódkę z Ukrainy do Polski a w drugą stronę mięso. Teraz gorącym towarem są kamizelki i hełmy kuloodporne. Siedzę tuż przy kierowcy, z którym znamy się dobrze od lat. Jest Polakiem, żyjącym we Lwowie. Ma swoją ziemię po polskiej stronie granicy. Szybko opowiada swoją historię:

” Nasze gospodarstwo podzieliła nowa linia graniczna w 1945 roku. Ojciec myślał sobie, nie porzucę tak dobrej ziemi, więc postanowiliśmy pozostać po sowieckiej stronie. Dobrą ziemię po 2 latach zabrał miejscowy kołchoz i tyle ją widzieli. Dziś jestem już na emeryturze, ale jak wyżyć za 1500 hrywien (225 złotych)? Pracuję więc nadal, jako kierowca, za co otrzymuję 2500 hrywien miesięcznie (375 złotych). Jeśli wojna dojdzie do Lwowa pakujemy się z żoną i uciekamy, do naszego polskiego gospodarstwa.”.

Wskutek wojny rosyjsko – ukraińskiej doszło do szybkiej dewaluacji ukraińskiej hrywny. Pamiętam jeszcze czasy, kiedy wartością równa była polskiej złotówce, dziś za 1 PLN otrzymamy 6,7 hrywny. To czyni dziś podróżowanie po tym kraju bardzo dla nas tanim, ale doprowadza do dalszej pauperyzacji miejscowej ludności. To kolejny efekt rosyjskiej agresji, o którym mało się mówi.

Za mną stoi pijany, 40 letni żołnierz. Słysząc, że rozmawiamy z kierowcą po polsku, zaczyna litanię swoich pretensji do całego świata: „Wszyscy nas zostawili, także Polska. Nikt nam nie pomaga. I mówię to, mimo że mam Kartę Polaka” Oczywiście staram się z tym polemizować, ale alkohol robi swoje i dyskutant staje się zbyt namolny. Na Ukrainie na szczęście kierowca ma bardzo dużo do powiedzenia w autobusie i krótko ucina jego dywagacje, grożąc wyrzuceniem z pojazdu.

Gustownie i jednocześnie bajkowo. Sklep ze słodyczami we Lwowie.

We Lwowie, mimo wojny widzimy już zupełnie inny świat. Świat pięknych knajpek, pełnych ludzi. Przed niektórymi kolejki, jak za komuny, aby do nich wejść, mimo dość wysokich cen, jak na ukraińskie warunki. Tu można zapomnieć o wojnie. W tym przepięknym starym grodzie schroniły się dziesiątki tysięcy uchodźców z terenów objętych konfliktem. Jeśli jednak chcielibyśmy nie myśleć o tym, co się tam dzieje, trzeba by zamknąć oczy. Na każdym kroku widzimy ślady, toczonych na Wschodzie walk . Setki zdjęć zabitych prezentowane są na ulicach i w kościołach. Zbiórki pieniędzy. Do każdego rachunku za jedzenie, czy picie doliczany jest „dobrowolny” datek wojenny. Z 86 hrywien, które zapłaciliśmy wspólnie za napoje i ciastka w 3 osoby, 1 hrywna przekazana została na armię Ukrainy. Moim zdaniem niezbyt wiele, jeśli porównamy sumę ze skalą zagrożenia, z jakim mamy do czynienia. Ukraińscy przyjaciele nie interesują się już tak przeszłością. Dla nich ważna jest teraźniejszość, chcą lepiej żyć. Większość z nich jest bardzo dobrze wykształcona, skończyła właśnie swoje prace doktorskie, wykłada na uczelniach, prowadzi z sukcesem swoje firmy. Dla nich Polska, to czasem tylko kraj tranzytowy w drodze do Niemiec, czy słonecznej Italii. Wpadają czasem na krótko, by mnie odwiedzić, lub zrobić zakupy. Firma jednego z przyjaciół przygotowała jednak w Warszawie swoje biuro, które stoi prawie puste. To na wypadek wojny mówi. Jakby Rosjanie doszli do Lwowa, będziemy kontynuować pracę w stolicy Polski.

Moi ukraińscy znajomi dziś nieco bardziej z pokorą patrzą, na wspólną przeszłość, a także teraźniejszość. Część z nich stwierdza, że nikt wcześniej nie mówił im, o tak wielkiej skali zbrodni UPA, a druga część wciąż wierzy w propagandę zwykłej bratobójczej walki, z równą ilością ofiar. Tłumaczę im, że od 1991 roku, do Majdanu Ukraina była tylko rosyjską kolonią, bananową republiką, w której ktoś był zainteresowany, aby stworzyć 2 światy i pogłębiać rów, jaki został między nimi wykopany. To dwa światy nie tylko innych języków, ale też innej przeszłości historycznej. Tereny wschodniej Ukrainy i jej południowa cześć, nigdy nie należały do I Rzeczypospolitej. To właśnie tam dominuje język rosyjski. To właśnie tam nadal dominuje mentalność sowiecka. Dzisiejsza Ukraina Zachodnia zaś, poza Wołyniem należała do Austro – Węgier. Tylko tu przetrwała idea wspaniałej idei politycznej XVI wieku – Unii Brzeskiej, z której powstał na tych ziemiach kościół grekokatolicki. Mało kto wie, że określenie to wprowadziła po raz pierwszy do publicznego obiegu, cesarzowa Maria Teresa w 1774, dla odróżnienia wiernych tej wspólnoty, od wiernych Kościoła rzymskokatolickiego oraz Kościoła ormiańskokatolickiego.

Dziś oglądając sceny z filmu „Wołyń” trudno uwierzyć nam w historię, której nikt nie pamięta. Jak powoli władze rosyjskie i austriackie wbijały klin między naszymi narodami i wyznaniami, jednego przecież kościoła, podporządkowanego piotrowej stolicy. Nie sami obcy temu winni, różnice klasowe i polityczne sprawiały, że stawaliśmy się naturalnymi wrogami w walce o byt. Zofia Bukowiecka w swojej książce „Prześladowania Unii na Podlasiu” wydanej w Warszawie w 1917 roku, opisuje relacje między Rusinami a Polakami przed Powstaniem Styczniowym: „Rusini i Polacy żyli w doskonałej ze sobą zgodzie, w miłości do wspólnej religii katolickiej. Stały po wsiach cerkwie unickie obok kościołów, w których łacińskie odprawiano nabożeństwa, a pobożny lud modlił się tak w w jednych jak w drugich, gdyż do jednej należał owczarni, za głowę swą widomą uznawał Ojca Świętego w Rzymie. Zarówno też w kościele czy w cerkwi słuchał tych samych nauk polskich, widział odprawianą codziennie mszę świętą, chodził za procesyami, odmawiał po polsku godzinki, różańce, koronki. Kapłani uniccy i łacińscy dopomagali sobie wzajemnie w pracy. Ksiądz unicki zasiadła do słuchania spowiedzi w konfesjonale kościelnym, jak łaciński wyręczał sąsiada unitę, kiedy w jego cerkwi zebrało się dużo chętnych do św. Sakramentu pokuty. To samo było ze chrztem. Udzielano go dzieciom obu obrządków tak w cerkwiach jak w kościołach, zwyczajnie, gdzie bliżej, żeby niemowlę nie kostniało na mrozie.”

W powyższym tekście mowa o wschodniej części Lubelszczyzny, gdzie od wieków żyła ludność mieszana, a gdzie dziś stykają się granice 3 państw Ukrainy, Białorusi i Polski. Zapewne dla każdego z nas, niezależnie od tego, czy jest Polakiem czy Ukraińcem, bardzo obco brzmią powyższe opisy. Czemu? Historie te dotyczą okresu, których nikt z obecnie żyjących już nie pamięta. Relacja ta świadczy bardzo dobitnie o tym, jak bardzo zmieniła się na przestrzeni 150 lat, nie tylko relacja między naszymi narodami, ale także wyznaniami.

Dziś na Wołyniu nie ma już grekokatolików. Są za to prawosławni i nieliczne grupki katolików, głównie polskiego pochodzenia. W moich corocznych podróżach, po tej rodzinnej ziemi dzieciństwa i młodości mojego dziadka, ziemi o jakże bolesnej dla Polaków historii, doświadczyłem wiele dobra i sympatii, szczególnie po wybuchu wojny rosyjsko – ukraińskiej. Przybywając do Krzemieńca w 2013 roku, jeszcze na pytanie o Liceum Krzemienieckie, mogłem od ulicznej sprzedawczyni usłyszeć kąśliwą uwagę: „Dawne Liceum Krzemienieckie”, z mocnym akcentem, położonym na przymiotnik dawne. Wszytko zmienił rok 2014 i poważne wsparcie, jakie udzieliła Polska Ukrainie, w tym konflikcie.

Wracając z Białokrynicy, miejscowości, w której mój pradziad był dyrektorem szkoły rolno – leśnej, botanikiem który według rodzinnej legendy pierwszy na świecie wyhodował błękitną różę, czekałem na przystanku na autobus. Po chwili podjeżdża taksówka a w niej lekko wstawiony kierowca. Wokół mnie tłum oczekujących Ukraińców, a on wykrzykuje tylko do mnie: „Pan z Polski. Proszę wsiadać. Widziałem, jak się Pan kręcił po wiosce. Zawiozę Pana do Krzemieńca. Nic Pan nie płaci, w ten sposób chciałem podziękować za pomoc, którą nam udzielacie.”

Wjeżdżamy do miasta określanego kiedyś mianem Polski Aten Wschodu. Po obu stronach drogi szpaler ludzi. Naszym oczom ukazuje się, powoli sunące się auto z otwartymi tylnymi drzwiami, wystaje z niego trumna i żółto-niebieska flaga. Miasto zamarło. Ludzie klękają. To pogrzeb młodego cyborga z donieckiego lotniska. I jak tu zapomnieć o wojnie. Jednym ze sposobów jest wódka. A tej zawsze jest pod dostatkiem. Kraj ogarnięty wojną jest zawsze pogrążony w pewnych chaosie. Kto by dziś przejmował się kontrolami drogowymi, których w takiej sytuacji, powinno być znacznie więcej.

Krzemieniec. Okolice dworca autobusowego. Kondukt pogrzebowy.

W tej niby „antypolskiej Ukrainie” spotykam nie tylko przemiłych ludzi, ale widzę ślady pielęgnowania polskości. (oczywiście aby być obiektywnym trzeba wspomnieć o zapomnianych i zniszczonych przez czas polskich zabytkach i cmentarzach, ale o te na pewno powinna upomnieć się Rzeczypospolita, wspierając renowację finansowo) Na gmachu dawnego Liceum Krzemienieckiego istnieją liczne tablice w języku polskim, a w jego wnętrzach dwujęzyczna wystawa, o początkach uczelni i okresie międzywojennym. To samo ma miejsce w przypadku Muzeum Słowackiego. W pobliskim kościele odprawiane są msze, w naszym ojczystym języku.

Kościół Katolicki , który był kiedyś ostoją polskości na tych terenach, teraz sam dzięki polityce Watykanu przyczynia się, do oddalania się miejscowych katolików, od mowy przodków. Jadąc busem z Krzemieńca do Łucka zaobserwowałem dość nietypową, ale jednocześnie jakże miłą scenkę. Parę osób trzyma w ręku polski elementarz i intensywnie uczy się czytać w naszym języku. Ala ma kota, a kot ma Alę. Zagaduję siedzącą obok mnie przesympatyczną, 43 letnią kobietę. Ma na imię Swietłana. Jej babcia była Polką. Jedzie do konsulatu w Łucku, zdawać egzamin na Kartę Polaka. Pracuje od czasu do czasu w Polsce, opiekując się starszymi ludźmi. Mówi mi ze smutkiem: „ Kiedyś, jak ksiądz przyjechał prosto z Polski, to msze były po polsku, lecz od kiedy nauczył się ukraińskiego, odprawiane są tylko w tym języku. W ten sposób straciliśmy codzienny kontakt z językiem.” Z relacji w innych parafiach wiem, że to powszechne zjawisko. Swietłana opowiada dalej swoją historię: „Patrząc na polskich mężczyzn i ich zachowanie, aż żal serce ściska. Oni do swojej żony mówią skarbie, kochanie a do dzieci córeczko, syneczku. Ja tego w mojej wiosce nigdy od mężczyzn nie doświadczyłam” Na pewno są różni Polacy i różni Ukraińcy. Swietłana pracując w w Gdańsku w rodzinie osób na pewnym poziomie, zetknęła się z pozytywnym przykładem, jakich zapewne wiele, ale przecież nie wszyscy mężczyźni w Polsce, okazują swoim kobietom tyle ciepła.

Jeszcze tydzień temu przejeżdżałem przed polskim konsulatem w Łucku a przedwczoraj został on ostrzelany. Nie ma żadnych wątpliwości, że jest to podła rosyjska prowokacja, jedna z wielu jakich doświadczyliśmy, w ostatnich miesiącach. Mamy jednak obowiązek, żądania od władz Ukrainy zapewnienia bezpieczeństwa naszym placówkom dyplomatycznym. Wyżej wymienione przykłady pokazują jednak, że w wyniku wojny nasz wschodni sąsiad znajduje się w dość trudenj sytuacji, a jego służby nie działają najlepiej. Sam fakt, że podróżując parę razy do roku po Ukrainie, nigdy nie zostałem poproszony o okazanie dokumentów, budzi duże zdziwienie. Jak łatwo przedostać się komuś ze wschodniej Ukrainy do Łucka, bez jakiejkolwiek kontroli. Oto powinny apelować Polskie władze. Z jednej strony widać na Zachodniej Ukrainie pewien chaos, w działalności struktur państwowych a z drugiej strony na Wschodzie kraj jest pełen uzbrojonych ludzi. Jakże łatwo w takiej sytuacji o zamach.

Swietłana przed wyjściem z autobusu opowiada jeszcze jedną smutną historię. Kolejka do polskiego konsulatu jest opanowana przez lokalną, ukraińską mafię. Nie da się do niego wejść, nie płacąc haraczu. Szybkie załatwienie sprawy kosztuje 1 500 hrywien. Dla wielu to miesięczna wypłata. Życzę jej powodzenia i wysiadam. Wkrótce dojeżdżam do celu podróży. A w domu moich przyjaciół w Łucku, czytamy wspólnie informacje: Ukraińcy pobici w Przemyślu. Podeszli do nich młodzi ludzie i spytali: ” Czyj jest Lwów?” Odpowiedzieli, że ukraiński. „Zła odpowiedź – polski” usłyszeli i zostali pobici. Niestety cały czas szczególnie prości, niczego nie rozumiejący Polacy i Ukraińcy żyją takimi informacjami, nakręcanymi przez rosyjską agenturę i ludzką głupotę w postaci „narodowców” po obu stronach granicy.

Niezależnie od historycznych przeszłości i obecnych prowokacji, mamy obowiązek działać wspólnie, na rzecz naszego bezpieczeństwa. Polscy i litewscy Panowie w XIV wieku, też potrafili się wznieść ponad dwustronne animozje. A mogli przecież pamiętać o licznych miastach i wioskach, spalonych przez wschodnich sąsiadów i o dziesiątkach tysięcy, uprowadzonych Polaków. Wielu z naszych rodaków, jeździ tylko śladami przeszłości, po tych terenach, nie próbując nawet zainteresować się tym, co tak naprawdę myślą o nas, nasi wschodni sąsiedzi, jakie są ich problemy. A czasem warto usiąść spokojnie razem przy piwie i po prostu z uśmiechem porozmawiać.

Komentarze facebookowe

komentarze (y)

Share This Post

DeliciousDiggGoogleStumbleuponRedditTechnoratiYahooBloggerMyspaceRSS

2 Responses to Ukraińskie impresje z polskim konsulatem w Łucku w tle

  1. Sawio Odpowiedz

    Kwiecień 25, 2017 at 3:21 pm

    Ciekawie napisane, dzięki, Sawio

  2. admin Odpowiedz

    Kwiecień 27, 2017 at 8:05 am

    Dzięki Sawio za miłe słowa:)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


*