Blog   |  Stosunki Międzynarodowe – „Kuba – Czekamy na naszego Wałęsę”

Stosunki Międzynarodowe – „Kuba – Czekamy na naszego Wałęsę”

Aleksandra i Marcin Plewka odbyli podróż po Kubie w październiku 2005 roku. Przemieszczali się autostopem, jadali w punktach, gdzie sprzedają produkty za miejscową walutę, sypiali u ludzi, czasem nielegalnie, starali się poznać życie zwykłych mieszkańców wyspy. Interesowała ich odpowiedź na wiele pytań. Jaka jest Kuba doświadczona wieloletnią komunistyczna dyktaturą? Co tak naprawdę myśli o swoim życiu przeciętny poddany Fidela? Jak Kubańczycy postrzegają Polskę – kraj wyzwolony już z władzy proletariatu?

Kraj, w którym zatrzymał się czas

Hawana. Cale życie słyszysz cos o Kubie, czytasz o Kubie, oglądasz zdjęcia. Masz wyryty w pamięci obraz Brodacza i Che. Znasz na pamięć piosenki Buena Vista. I nagle widzisz to wszystko na własne oczy! Nagle wjeżdżasz do owianego tysiącem legend magicznego miasta… i na każdym rogu czyhają na ciebie pierwsze slogany: „Hasta la victoria siempre”, ¨Viva la Revolution¨, ¨ „Socjalizm albo śmierć”. I podobizny Che. Jest też Fidel. Co dalej… amerykańskie samochody, pamiętające jeszcze początki Zimnej Wojny…i oczywiście budynki. Te pierwsze sprawiają wrażenie jakby stały unieruchomione przez dziesięciolecia. Mają szyby zabite deskami lub papą, jakby nieruszane od czasu, kiedy w pośpiechu zostawił je tu ich ostatni właściciel. Te drugie, kolorowe, bogato zdobione, będące świadectwem zapomnianej już dawno epoki intensywnego kolonialnego rozwoju. Miasto Hemingwaya sypie się. Wygląda jak jeden wielki slums, który może jeszcze wczoraj przeżył nalot wrogich bombowców. Ale tu nic takiego się nie wydarzyło. Ruiny domów nad morską promenada, to efekt działania czasem gorszego niż 100 nalotów. To komunizm niszczący nie tylko ludzkie umysły, ale nielitujący się także nad przepięknymi zabytkami. To także zemsta Castro, który nigdy Hawany nie pokochał i na pastwę losu pozostawił ukradzione wcześniej dawnym właścicielom budynki. Dopiero parę lat temu, gdy ruszył turystyczny boom wyremontowano najbardziej reprezentacyjną część Starówki.

Na Kubie istnieją równolegle dwie waluty – peso cubano i convertible. Co za tym idzie, obok siebie egzystują tak naprawdę 2 światy. Świat waluty narodowej – czyli sklepów na kartki, które tu na Kubie są książeczkami, w których notowane są limitowane zakupy podstawowych produktów, oraz małych budek, lub tak brudnych barów, jakich nawet Polska Ludowa nie widziała, z wiele obiecującym napisem OFERTA. W takich miejscach można jeść i pić za grosze. Peso convertible to prawie równowartość 1 euro, a jednocześnie 24 peso cubano. 6 peso cubano to 1 zloty. W ofercie można zazwyczaj znaleźć 2, 3 produkty. (Pizza, krokiety, jajecznica) Najeść się można już za równowartość 1 złotego. Popić można refresco – robionym najczęściej z guajawy – za około 1 peso, lub piwem za 6-10 peso. Na deser, jeśli się znajdzie można zjeść pastele – chrupiące rożki z marmoladą. Na tym kończy sie menu w kubańskiej walucie. Otwiera sie za to drugi, równoległy świat – świat peso convertible. W tym świecie ceny są często wyższe niż w Europie Zachodniej, ale kupić można wszystko. Ten świat przeznaczony jest dla turystów i tutaj za prosty posiłek zapłacimy równowartość 10 Euro. Ale nie jest tu tak, jak kiedyś u nas, gdzie istniały Pewexy, do których sporadycznie udawali się szczęśliwcy posiadający wymienialną walutę. Tutaj zachodnie sieci pobudowały olbrzymie supermarkety, w których zakupy robią tłumy ludzi, hojnie obdarowywanych przez wielomilionowa diasporę kubańska z Florydy, lub mających dostęp do intratnych biznesów w turystyce.
Obywatel powinien pojawić się także na wielogodzinnych przemówieniach swojego przywódcy. Mieszkańcy jednej z miejscowości wyznają, że nieobecność na takim zgromadzeniu karana jest przez wstrzymanie wypłaty części pensji.

Władza zadbała też oto, aby obcy przybysz z odległego kraju nie mógł zamieszkać w domu swoich kubańskich przyjaciół. Przyjmowanie cudzoziemców jest limitowane i tylko osoby posiadające licencje na prowadzenie tak zwanych casa particular, mogą odpłatnie gościć turystów, oddając jednocześnie Państwu znaczną część tych przychodów. Jakoś dziwnym trafem w tym przepięknym systemie równości społecznej, nigdy nie można spotkać Murzyna z pozwoleniem na prowadzenie hotelu. Komunizm to równość, oznaczająca prawo do ubóstwa dla wszystkich. Jednak na Kubie ta największa bieda ma kolor czarny.

Slumsy

Często za największy sukces systemu kubańskiego, podaje się to że w przeciwieństwie do innych krajów Ameryki Łacińskiej (takich jak Meksyk, Chile czy Brazylia), nie ma tu przepaści społecznych. Że wszyscy żyją może biednie, lecz godnie, na tym samym poziomie. Że nie ma tu skrajnej biedy, ani slumsów. Wystarczy wejść do jednej z kamienic, w samym centrum i powiedzieć to jednemu z mieszkańców, a roześmieje nam się w twarz. Nie trzeba zresztą tego mówić, wystarczy rozejrzeć się wokół siebie, żeby wiedzieć że jest to nieprawdą.

Fasady budynków naprzeciwko Kapitolu zostały ładnie odnowione. Pięknie prezentują się na zdjęciach, robionych masowo w tym punkcie przez turystów. Do środka przybyszom z innych krajów wchodzić już niewolno, ktoś kto by ich tam wprowadził mógłby mieć problemy z władzami. Brzydkie rzeczy lepiej chować pod dywan. Wnętrza kamienic, z których okien roztacza się widok na samo centrum Hawany, wyglądają bowiem strasznie. Ludzie stłoczeni są tutaj w malutkich mieszkankach bez kanalizacji. Na korytarzach znajdują się zbiorowe łazienki. Po wejściu do nich wykonuje się natychmiastowy w tył zwrot, bo trudno tam wytrzymać nawet chwilę. Kubańczycy wytrzymują – każdego dnia od wielu lat. Z rur ulatnia się gaz. Lepiej tu nie zasypiać, bo można się nie obudzić. Kubańczycy zasypiają, chociaż może niektórzy woleliby wcale już się nie budzić w tym smutnym świecie. Oglądając te mieszkania na myśl od razu przychodzi słowo SLUMSY. Ktoś, kto twierdzi że na Kubie żyje się godnie niech przyjedzie do Hawany i zajrzy do budynków znajdujących się w samym jej sercu. Ktoś, kto twierdzi że na Kubie jest równość, niech uda się później do cas particular – domów wybranych szczęśliwców, którzy otrzymali rządową licencję.

Uciec, oby jak najdalej stąd

Vinales. Zachodnia część Kuby. Przepięknie położona miejscowość. Możesz tu przyjechać, żeby powędrować po górach i połazić po jaskiniach, ale możesz też przeżyć tutaj niezapomnianą noc w klubie salsy – jednym z najlepszych, jaki można spotkać na Kubie. Kupujesz butelkę rumu za dwa euro i możesz spędzić całą noc obserwując pary płonące w tańcu, albo sam w tańcu spłonąć. Kandydatek i kandydatów, chętnych do nauczenia cię salsy, bowiem tam nie brakuje. Wokół każdego cudzoziemca (-ki) znajduje się ich cały wianuszek. Nie, tym razem nie chodzi o naciągnięcie na drinka. Tutaj często rozgrywa się kwestia całego przyszłego losu poddanych Fidela. Sami chętnie postawią ci drinka za chwilę twojego zrozumienia i przyjaźni. Jesteś dla nich przede wszystkim obietnicą ucieczki. „Czy możesz załatwić mi zaproszenie do Polski? (Hiszpanii, Portugalii, Francji)”- tak często kończą się rozmowy z wieloma Kubańczykami. Zaproszenie do Europy to jednak jeszcze średnia gwarancja wyjazdu. Są dużo lepsze sposoby.
Mistrz salsy o pseudonimie „Turbo” umówił się z pewną Hiszpanką. Przyjeżdża tu za parę dni i zgodziła się zawrzeć z nim papierowe małżeństwo. Jego przyjaciel znalazł z kolei życzliwą Francuzkę, też niedługo ma się zjawić by stanąć z nim na ślubnym kobiercu. A kiedy już znajdą się w Europie chcą otworzyć szkołę salsy. Im jest łatwo. Są, młodzi, bardzo przystojni i cudownie tańczą. Trudno powiedzieć czy pomoc udzielana im ze strony europejskich dziewcząt kłaść na karb ich szlachetności, czy raczej tłumaczyć realizacją marzenia o posiadaniu za męża latynoskiego Casanovy.

Nie tylko ci kubańscy królewicze z bajki mają swój plan ucieczki, ma go prawie każdy. Jest to temat powracający we wszystkich rozmowach niczym bumerang. Po pierwsze Kubańczycy, zawsze prędzej czy później wspominają w rozmowach o jakiejś rodzinie za granicą (głównie oczywiście w Stanach), która im pomaga – na razie finansowo, ale wkrótce może pomoże im w wielkiej ucieczce.

Z klubu salsy, w którym właśnie dobiegła końca impreza wychodzą ludzie. Do jednego z turystów podchodzi czarnoskóra piękność i zaczyna sugerować, żeby udali się gdzieś razem. Rzuca odpowiednia cenę. Mężczyzna spogląda na nią i odpowiada, że nie jest w takim wieku, by musiał za to płacić, a poza tym to w ogóle nie jest tym zainteresowany. „Słuchaj – odpowiada dziewczyna – przecież to nie jest tak. Ja z przyjemnością bym się z tobą przespała nawet za darmo, ale mógłbyś przecież pomóc dziewczynie. Sam rozumiesz – mamy tu problemy ekonomiczne.”

Zmiany, zmiany towarzyszu

Najlepiej prawdziwe życie na wyspie można poznać przemieszczając się autostopem. Przy wyjeździe z każdego miasta stoi państwowy urzędnik w żółtym uniformie (wszyscy na niego mówią po prostu „żółty”, czyli „amarillo”), w ręku trzyma tabliczkę z napisem „PARE” (hiszp. stój) i zatrzymuje nią wszystkie państwowe samochody. Oczekujący dostają karteczkę z wypisanym celem swojej podróży oraz z numerem – np Hawana nr 15 – oznacza to, że jeszcze 14 innych osób jest przed nim w kolejce do „stopa” do tego właśnie miasta. Tak, nawet autostop na Kubie jest zinstytucjonalizowany. Zazwyczaj zatrzymywane są wielkie ciężarówki, na które pakuje się kilkanaście osób a i czasem zwierzęta. Dzieci, czy stare kobiety podróżują niejednokrotnie przykucnięte tuż obok związanych w workach świń. Olbrzymim plusem takiego niezbyt komfortowego podróżowania jest to, że Kubańczycy zaczynają ciebie traktować jak równego im. Nie jesteś już łowną zwierzyną, na której można zarobić krocie, ale kompanem jazdy, z którym można miło pogadać o życiu, poczęstować kanapką czy papierosem. Zatrzymywane przez amarillo są nie tylko wielkie ciężarówki, ale też samochody osobowe. To jednak zdarza się rzadko. Jeśli jednak ma się dużo szczęścia można trafić na bardzo ciekawych kierowców, nawet na przedstawicieli władz.

Wielu napotykanych Kubańczyków interesuje bardzo jak wygląda Polska po upadku komunizmu i przestawieniu się na kapitalistyczne tory. Pytają czy jest lepiej czy gorzej, jak wygląda szkolnictwo i lecznictwo, ile ludzie zarabiają itd. Ciekawi ich właściwie wszystko. Otwarcie krytykują też Fidela i narzekają na panującą biedę. Nie boją się mówić. Polskę postrzegają jako prekursora zmian, które być może któregoś dnia nastąpią także na Kubie. Kiedy Brodacz odejdzie… Teraz my czekamy na swojego Wałęsę – wybuchają często Kubańczycy, wymieniając nazwisko przywódcy Solidarności z pewną nabożnością w głosie. Dociekliwość ta jest również świadectwem tego, że niewielu mieszkańców kraju nieustającej rewolucji jest w pełni przekonana o tym, że komunizm to jedyny słuszny system, który przynosi największy dobrobyt. Zdaje się, że nawet Fidel Castro do końca w to nie wierzy. Przy jednej z dróg wznosi się potężny bilbord przedstawiający uśmiechnięte, radosne dzieci, bawiące się wśród kwiatków i ptaków oraz napis:

„Lepszy świat jest możliwy”- Fidel

Trudno odgadnąć intencje autora tego plakatu. Czy ma to być czarny humor, mający na celu pognębienie i tak wystarczająco już załamanych beznadzieją swojej sytuacji Kubańczyków, poprzez pokazanie im, że lepszy świat wprawdzie istnieje, ale jest dla nich nieosiągalny? Czy ma być to zachęta do ucieczki z kraju? Czy też może do wejścia na drogę zmian? Jeżeli tak, to kiedy miałby nastąpić te zmiany, przynoszące ze sobą lepszy świat? Chyba mało kto, łącznie z wodzem wierzy jeszcze, że jest on możliwy w ramach obecnie istniejącego systemu. A być może autor plakatu w przewrotny sposób, w socjalistycznej oprawie zawarł proroctwo, które już niedługo się sprawdzi? Po śmierci Fidela wszystko bowiem będzie możliwe. Spekulacji na temat tego, co się wtedy stanie jest wiele. Przede wszystkim ludzie obawiają się że wybuchnie zamęt, chaos, że przemoc z cała swoją, tłumioną przez lata siłą, rozleje się po kraju. Czy ludzie, którzy teraz jadą spokojnie obok siebie na brudnej pace ciężarówki nie rzucą się sobie do gardeł? Obecnie nawet pospolici złodzieje stali się odważniejsi i zaczynają masowo atakować turystów. A Kuba zawsze przecież cieszyła się opinią najbezpieczniejszego z krajów Ameryki Łacińskiej. Nie da się ukryć, że coś nad ta wyspą wisi w powietrzu i nie jest to duch rewolucji. Miejmy nadzieję, że to co przyjdzie, to będzie jednak rzeczywiście lepszy świat.

« poprzedni post
 
następny post »

Komentarze facebookowe

komentarze (y)

Share This Post

DeliciousDiggGoogleStumbleuponRedditTechnoratiYahooBloggerMyspaceRSS

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


*